O autorze
Jestem Europosłem, który wywodzi się ze środowiska naukowego, więc nieustająco świerzbi mnie ręka, aby dzielić się swoimi spostrzeżeniami dotyczącymi tego, co dzieję się w Unii Europejskiej. Posłem stosunkowo nowym w polityce. Łudzę się, że jeszcze zdolnym do świeżego spojrzenia. Media mainstreamowe skupiają się głównie na teatrze politycznym, mnie interesuje raczej analiza tego, co dzieje się w „europejskiej kuchni“. Podobno o Unii nie da się mówić w sposób ciekawy. Czas się zmierzyć z tym stereotypem. Ja jestem jednak przekonany, że to czego świadkami jesteśmy w PE - poza nic nieznaczącymi połajankami posłów z małych frakcji, czy happeningami pod publiczkę - jest naprawdę pasjonujące. To tu powstaje ponad połowa prawodawstwa obowiązującego w Polsce, a kulisy wykuwania kompromisu są naprawdę ciekawe i nieraz zaskakujące. Tutaj mamy dostęp do informacji z pierwszej ręki z 27 państw członkowskich – informacji na temat sytuacji wewnętrznej, wyborów, czy polityków z pierwszych stron gazet. To tu, w Brukseli i Strasburgu, się negocjuje, decyduje, a czasem bezwstydnie knuje. Warto mieć na to wszystko baczenie, zwłaszcza że rzadko się o tym słyszy

Ochrona danych osobowych - nie idźmy na wojnę totalną

Za nami pierwsze głosowanie w Parlamencie Europejskim nad nowym prawem dotyczącym ochrony danych osobowych. Wyniki są dalekie od ideału, nasuwają się też już pierwsze wnioski. Dyskusja niestety coraz bardziej się polaryzuje. Wydaje się, że możliwe są tylko dwie postawy. Albo zaprzedajesz duszę diabłu, reprezentując amerykańskie giganty operujące w sieci, albo jesteś niczym biały rycerz broniący prywatności w internecie. Czy rzeczywiście tylko taka jest alternatywa?

Unikając populizmu

Czy nie jesteśmy zdolni do prowadzenia rzeczowej dyskusji na temat tego, jak chronić prywatność w sieci nie ograniczając jednocześnie zbytnio potencjału, jaki dla gospodarki niesie świat cyfrowy? Wciąż wierzę, że jest to możliwe. Nie dajmy się więc wciągnąć w populistyczną retorykę, bez rzetelnego pochylenia się nad tym, o co właściwie w tej dyskusji chodzi.



Jakie są fakty?

Na stole mamy propozycję Komisji Europejskiej harmonizującą prawo ochrony danych osobowych w całej UE. Co do tego, że nowe prawo jest potrzebne nikt nie ma wątpliwości. Za sprawą internetu, dane osobowe przetwarzane są dziś na bezprecedensową skalę, nad czym mamy niewielką kontrolę. W efekcie prawo, które mamy dziś nie tylko nie przystaje do cyfrowej rzeczywistości, ale daje nam też w różnych krajach różny poziom ochrony.

Proszę mnie zapomnieć?

Problem polega jednak na tym, że propozycja Komisji obiecuje nam wszystkim rzeczy niemożliwe. Bo czym innym jest sztandarowy zapis projektu, czyli tzw. prawo do zapomnienia. Stwarza się iluzję, że niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wymazany może zostać wszelki ślad naszej działalności w sieci, a jest to po prostu technologicznie niemożliwe. Zdejmuje też z nas jakąkolwiek odpowiedzialność za nasze wirtualne czyny. Nie jest więc to recepta na palący przecież problem.

Przykład płynący z Polski

Nasze środowiska pozarządowe pokazały już, że można sensownie na ten temat rozmawiać. Dowodem na to jest wystosowany do nas Europosłów wspólny list PKPP Lewiatan i Fundacji Panoptykon, w którym pozornie stojące na przeciwnych biegunach organizacje wspólnie wskazują na kontrowersje projektu. Jest to przykład, który chcemy, by dał do myślenia także środowiskom działającym dziś w Brukseli, bo niestety wobec zbliżających się wyborów europejskich pokusa zbicia politycznego kapitału przy okazji tej reformy jest ogromna. A stracilibyśmy na tym wszyscy, bo Pan i Pani też są podmiotami danych…
Trwa ładowanie komentarzy...